niedziela, 2 października 2011

Foto-obróbka

Kilka wspomnieniowych.

Gołębie krakowskie:



Rynek krakowski, rozkopany:




Gdzieś w okolicach katedry w Bratysławie. No dobra, to nie wyglądało _aż_tak_źle ;)

czwartek, 29 września 2011

Brugijki trzy

Jak zwykle moje miłości mają liczne źródełka.

Jest taki film, "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj", typu czarna komedia gangsterska. Niezły, acz najlepsza w nim jest Brugia. Miasto belgijskie niezwykłej urody.
Brugia dała również swe imię koronkom, które można i na szydełku machać. I w nich się zakochałam. Piękna forma, taka koronka brugijska. Pierwszą, do której się przymierzyłam, jest ta:


Niestety nie wymierzyłam szczęśliwie z nitką, gdyż bardzo gruby kordonek, w zasadzie włóczka, okazał się być zbyt mało podatny. A może jeszcze za mały rozmiar szydełka wybrałam? W każdym razie efekt nie powala.

Za to drugie podejście jest bardziej udane:


I w końcu trzecia, malutka:

środa, 28 września 2011

Dwie serwetki

Dwie deczko większe, czyli o denicy coś koło 30cm i półmetróweczka.

Pierwszą wykonałam jakiś czas temu, ale że wymagała odświeżenia, to załapała się na fotosesję i o, proszę:




Druga natomiast jest bodaj pierwszą serwetką zupełnie z głowy robioną, tzn. bez gotowego wzoru. Chciałam czegoś prostego, ażurkowego, na grubszą nić, w zasadzie włóczkę. Wyszło co poniżej:

wtorek, 27 września 2011

Jesienny

Właśnie znalazłam, zeszłoroczny składak, znów tematyczny się zrobił:

Cosik

Spróbowałam sznurka. Sizalowy - pominę, ręce haratał nieziemsko. Jutowy - na "dzieło" lepiej spuścić zasłonę milczenia. Ale bawełniany? Hmm, hmmm... kiedyś do niego wrócę. Że mało go było, to nie starczyło na to, co planowałam; przerwałam w połowie, zakręciłam i wyszło, o:


Takie cosik. Podusia powietrzem wypchana.

piątek, 2 września 2011

A ja rosnę i rosnę...

Kiedy Kreska była jeszcze Maleństwem brzuszkowym robiłam dla niej buciki:


Kiedy zakosztowała doliny Muminków, dostała dla siebie Muminka:


a potem i Bukę (bo każdego potwora trzeba oswoić):



A teraz moje Maleństwo idzie już do przedszkola...

środa, 24 sierpnia 2011

Na początku...

Pamiętam pierwsze hafty. Pod okiem Babci w Kobylcu. Ile ja mogłam wtedy mieć? Z 8 lat? Pewnie tak. Łańcuszkiem głównie. I mniej więcej z tamtego okresu próby na drutach, pełne frustracji i przekonania, że tosienieda. Potem jakoś zaczęło się udawać...

Potem, kiedyż ach kiedyż to było, zapewne okolice 5-tej klasy podstawówki (wiecie, jeszcze tej ośmioklasowej), moja ciocia najmłodsza Asia zaczęła mieć fazy twórcze. I się przyłączyłam. Było richelieu, mereżka, krzyżyki, było szydełko. Z tego czasu w domciu w Lesku zachowały się (jak to brzmi!) dwie serwetki (Asiu, czy u Ciebie znajdzie się coś jeszcze?). Pierwsza - haftem płaskim trochu cieniowanym bratki, brzeg pół-mereżką:




I druga, szydełkowana, przez czas już dość mocno zmasakrowana:




Później było różnie, raczej jakieś małe dłubaki typu zimowa opaska czy sweter na drutach (Beata ponoć go sobie wciąż chwali).

I w zasadzie dopiero po studiach, w czasie wakacyjnego stażu, kiedy czasu wolnego się zrobiło sporo, przypomniałam sobie o szydełku. I tak pomału, pomału... te serwetki są do odnalezienia, bo się mało porozchodziły. Dwie próbki, również z Leska - maleństwo z jakiejś resztkowej nici wyrobione:


 oraz ostatni prezent na Dzień Matki. Matko, ile ja się nad tą serwetką nabiedziłam! Częściowo wzór gazetkowy, ale że ichniejsza koronka brzegowa mi się nie spodobała, to wymyśliłam inną. Najgorsza jednak była ta gwiazda szestanstoramienna, której wzór wyliczeniowy nijak się zgodzić nie chciał, marszczyła się, zwijała, więc produkować musiałam w zasadzie na bieżąco.